Nowa gwiazda afrykańskiego futbolu

Transfery są nieodłącznym elementem piłki nożnej. Obok meczów jest to prawdopodobnie kwestia, która wzbudza najwięcej dyskusji w świecie futbolu. Rekordowe wydatki, szokujące wzmocnienia, niespodziewane decyzje… To wszystko sprawia, że już samo słowo „transfer” przyciąga naszą uwagę. Dotyczy to przede wszystkim klubów piłkarskich, jednak w ostatnich latach na coraz większym znaczeniu zaczęły zyskiwać „transfery międzynarodowe”, czyli po prostu zmiany reprezentowanych kadr narodowych. Największym beneficjentem tego zjawiska jest przede wszystkim Afryka – wielu piłkarzy, którzy są potomkami emigrantów z „Czarnego Lądu”, decyduje się na grę dla reprezentacji swoich przodków. Świetny system szkoleniowy w Europie sprawia, że afrykańskie kraje tylko dopatrują się kto, i potencjalnie kiedy, może zasilić ich drużynę. Jednym z najgorętszych tematów ostatnich lat w kontekście zmiany narodowości był Brahim Diaz, a kiedy piłkarz urodzony w hiszpańskiej Maladze już zdecydował się reprezentować kraj swojego ojca, a więc Maroko, kibice w całej Afryce oszaleli.

Odrzucenie przez własną reprezentacje

Już za czasów gry w młodzieżowych drużynach Manchesteru City w mediach dało się znaleźć dyskusje, czy Brahim Diaz nie wybierze Maroko – kraju, z którego pochodzi jego ojciec – jako opcji do gry na arenie międzynarodowej. Temat z perspektywy mieszkańców państwa północno-zachodniej Afryki wydawał się jednak wówczas ciężki do zrealizowania. No bo jak 17-latek, aktywny reprezentant młodzieżowych kadr narodowych Hiszpanii, który na co dzień występuje w jednej z najlepszych szkółek piłkarskich świata oraz otwarcie okazuje przywiązanie do Hiszpanii, mógłby wybrać afrykańską kadrę kosztem mistrzów świata z 2010 roku? Wiele wówczas wskazywało na to, że Brahim będzie konsekwentnie budował swoją pozycję w hiszpańskim świecie futbolu, aż w końcu zostanie piłkarzem jej pierwszej reprezentacji. Transfer do Realu Madryt miał ten proces tylko przyśpieszyć. W barwach Królewskich początkowo na regularną grę jednak nie miał prawa liczyć, więc został wypożyczony do włoskiego Milanu na rok, a następnie dwa lata. W stolicy Lombardii Brahim miał się rozwijać, aby wywalczyć byt zarówno w zespole „Królewskich”, jak i w kadrze narodowej Hiszpanii.

Miesiące gry we Włoszech mijały, a powołania wciąż nie było. Okres gry Brahima w Milanie jest naprawdę ciężki do zdefiniowania. Miewał momenty, spotkania, w których wydawał się być absolutnie czołowym piłkarzem w skali światowej, po czym przychodził długi okres przeciętnej gry. Jednak nawet w tych dobrych momentach, w reprezentacji Hiszpanii uznawano, że nie jest jeszcze gotowy do powołania, a na jego miejsce jest kilku lepszych zawodników, którzy bardziej na to zasługują. Wówczas u Diaza na poważnie zaczęła rodzić się myśl, czy nie zdecydować się na grę dla kadry narodowej Maroka. Tym bardziej, że sam Walid Regragui, selekcjoner kadry „Lwów Atlasu”, od wielu lat wysyłał mu sygnały, że na niego czekają. Miał pewność, że tam będzie doceniony. Podjęcie ostatecznej decyzji postanowił odstawić jednak w czasie. Być może uważał, że jeżeli uda mu się wywalczyć miejsce w zespole Realu, to bez problemu otrzyma powołanie do kadry La Roja. Jednak nawet mimo zbudowania swojej pozycji w absolutnie czołowym klubie świata, oraz rozkochaniu w sobie jego kibiców, nie mógł liczyć na konkretną obietnice ze strony sztabu reprezentacji Hiszpanii, że miejsce w drużynie na niego czeka. W tym momencie nie było sensu zwlekać – do telefonu właśnie dzwonili przedstawiciele innej kadry narodowej.

Gwiazda od pierwszych dni

Nie bez powodu na wstępie tego tekstu rozwinąłem wątek „transferów” w świecie piłkarskim. Otoczka z przyjściem Brahima do reprezentacji Maroka mocno przypomina właśnie tę, kiedy piłkarz klasy światowej zmienia barwy klubowe. W tym przypadku obyło się oczywiście bez kwoty odstępnego czy podpisywania kontraktu, jednak już na lotnisku w Rabacie, kiedy przybył na marcowe zgrupowanie „Lwów Atlasu”, otoczyły go dziesiątki reporterów zafascynowanych jego przylotem. Były to obrazki porównywalne do tych, kiedy wielki piłkarz zmienia wielki klub, na inną wielką drużynę. Nie ma co się jednak temu dziwić – Brahim Diaz to w tym momencie właśnie wielki piłkarz, a kadrę Maroka po ostatnim mundialu, nawet mimo niepowodzenia na minionym Pucharze Narodów Afryki, również należy barwić tym przymiotnikiem. „Gwiazda wylądowała w Afryce” – takie komentarze wobec przylotu skrzydłowego Realu Madryt można było znaleźć w mediach społecznościowych i nie były one ani trochę przesadzone.

Brahim to obecnie bardzo ważny element Realu Madryt – zespołu, który zmierza po mistrzostwo Hiszpanii, oraz klubu, który jest jednym z głównych faworytów do triumfu w tegorocznej Lidze Mistrzów. W hierarchii najistotniejszych piłkarzy naturalnie ustępuje miejsca Viniciusowi, Bellinghamowi, czy Rodrygo. Jednak siła, z jaką Santiago Bernabeu okazuje mu swoją sympatię, jest i tak godna podziwu. I nie ma co się takiemu zjawisku dziwić – trafieniami z Atletico oraz Lipskiem, czy świetnymi występami przeciwko chociażby Granadzie oraz Villarrealowi, rozkochał w sobie społeczność kibicowską „Królewskich”. Mało kto się spodziewał przed sezonem, że Brahim Diaz, piłkarz, który przyszedł do Madrytu trzy lata temu, i przez okres wypożyczeń do Milanu gdzieś przepadł w pamięci pewnej części kibiców Realu, może nagle stać się tak ważnym elementem już tak mocnej drużyny. Oczywiście zachowując rozsądek – nie notuje występów na takim poziomie, że już ma zagwarantowany pomnik pod stadionem. Oczekiwania wobec niego nie były jednak zbyt wygórowane, przez co swoją świetną, ale wciąż nie kosmiczną formą, zdołał wypracować sobie pewną pozycje w Madrycie. I o ile w stolicy Hiszpanii jeszcze nie urósł do takich rozmiarów, aby wymagać od niego cudów, tak w kadrze Maroka już od momentu postawienia stopy na lotnisku w Rabacie jest traktowany jak gwiazda. Tutaj oczekiwania od początku ciążą na nim wielkie.

Twarz nowej ery

Patrząc czysto na potencjał piłkarski, medialność czy formę w momencie podjęcia decyzji – w ostatnich latach nie było piłkarza z tak głośnym nazwiskiem, który postanowił reprezentować kraj w Afryce. Nie tylko dla Maroka, ale i dla całego kontynentu jest to wielkie wydarzenie oraz znak, że mocni piłkarze zaczynają na poważnie brać pod uwagę ich reprezentacje. Oczywiście, gdyby federacja hiszpańska bardziej postarała się o utrzymanie Brahima jako opcje do gry dla nich, to ten bez namysłu wybrałby właśnie tę kadrę. Jednak nawet mimo aktualnego odrzucenia przez „La Roja”, Diaz nie postanowiłby samodzielnie zamknąć na klucz drzwi do tej reprezentacji, gdyby nie widział potencjału w drużynie „Lwów Atlasu”. Półfinał, jaki osiągnęła ta kadra na ostatnich mistrzostwach świata, to sukces, który jest bardzo mocnym argumentem w negocjacjach z piłkarzami, którzy potencjalnie mogą reprezentować ich kraj. Kiedy zawodnik widzi, że ubiega się o niego czwarty zespół mundialu, to bez wątpienia, choć w minimalnym stopniu, musi to przybliżać go właśnie do tej opcji. Lecz nie tylko samo Maroko rośnie w siłę, ale i cała Afryka. Coraz więcej piłkarzy decyduje się na „przenosiny” do tamtejszych reprezentacji. Sukces drużyny Regraguiego w Katarze był tylko potwierdzeniem potencjału, jaki drzemie w afrykańskim futbolu.

Brahim Diaz już jest jedną z głównych twarzy nowej ery w światowym futbolu. Ery, w której to reprezentacje z dotychczasowo słabszych rejonów świata zaczynają realnie zagrażać potentatom z Europy czy Ameryki Południowej. Oczywiście zachowując zdrowy rozsądek – Wybrzeżu Kości Słoniowej czy Katarowi, a więc obecnym mistrzom Afryki oraz Azji, wciąż bardzo daleko do takiej Francji. Jednak różnica siły zaczyna się zdecydowanie zmniejszać na korzyść tych słabszych. Powoli wchodzimy w czasy, w których niektóre reprezentacje z „Czarnego Lądu” będzie trzeba realnie brać pod uwagę jako kandydatów do medali na mistrzostwach świata. Brahim ma wielkie potencjał, aby być nie tylko twarzą rosnącej w siłę kadry Maroka, nie tylko coraz bardziej rozwijającej się Afryki, ale też wszystkich regionów świata, które – pod względem piłkarskim – są lekceważone przez przeciętnych kibiców.

Rzecz jasna na wyborze tym najwięcej zyska sama reprezentacja „Lwów Atlasu”. Zainteresowanie wobec marcowych meczów towarzyskich z Angolą oraz Mauretanią było przeogromne i to w głównej mierzę właśnie ze względu na piłkarza Realu Madryt, który wówczas debiutował w nowej reprezentacji. Bramki, na którą pewnie wielu czekało, niestety nie zdobył. Lecz wszyscy śledzili dosłownie każdy jego ruch na boisku, a to tylko pokazuje, z jak wielkim wydarzeniem w skali piłki reprezentacyjnej mieliśmy do czynienia. W 2030 roku Maroko będzie współgospodarzem mistrzostw świata. Ciężko przewidzieć, w jakim miejscu za tę sześć lat będzie Brahim Diaz, jednak jeżeli utrzyma obecny, bardzo dobry, kurs rozwoju, to możemy się spodziewać, że wówczas będzie jedną z głównych postaci promujących to niewątpliwie wielkie wydarzenie dla całej Afryki.