Prolongata z konieczności

Już za rogiem Dumę Katalonii czekają wybory na nowego presidente. Nowego-starego, bo o reelekcję ubiegać się będzie Joan Laporta, a poważnej opozycji, mogącej realnie zagrozić przedłużeniu jego prezydentury, próżno jest szukać. Mimo pole position w wyścigu o władzę, katalońskie media już teraz na pęczki produkują coraz to nowsze kandydatury, które rzekomo są na krótkiej liście planowanych wzmocnień. Od potencjalnie darmowych transferów Bernardo Silvy i Nico Schlotterbecka, aż po wielomilionowe transakcje Micky’ego van de Vena czy Juliána Alvareza. Jest to klasyczny, stosowany od lat mechanizm, mający na celu podbić notowania w oczach culés.

Największym zainteresowaniem dziennikarzy Sportu czy Mundo Deportivo cieszy się Argentyńczyk. Określa się go mianem oczka w głowie urzędującego prezydenta oraz głównym celem na letnie okienko transferowe, mającym stać się nową gwiazdą na szpicy. Oczywiście, szanse na zakontraktowanie Alvareza już za pół roku są bliskie zeru. Atlético Madryt zawołałoby o niego kwotę w okolicach 100 milionów euro, jak nie więcej. Jest to swego rodzaju barcelońska kiełbasa wyborcza. Dopóki Blaugrana nie wróci do zasady 1:1, która umożliwiłaby wydawać na transfery i wynagrodzenia kwotę równą temu, co klub zarobił, takie spekulacje są bliższe marzeniom niż rzeczywistości. Jednak jego temat nie pojawił się bez powodu.

W czerwcu wygasa kontrakt Roberta Lewandowskiego, na ten moment klub nie podjął jeszcze decyzji dotyczącej jego przyszłości i — ponoć — rozgląda się za potencjalnym następcą. Tych jest niewielu. Rynek jest ubogi w klasowe 'dziewiątki’, szczególnie takie w zasięgu Barcelony. Często pada nazwisko Dušana Vlahovicia, który będzie dostępny za darmo w najbliższe lato. Serba ciężko jednak kwalifikować w kategorii wzmocnienia — w Juventusie nikt za nim tęsknić nie będzie. We Włoszech zejście z jego wielomilionowej umowy — a konkretniej dwudziestotrzymilionowej — będzie traktowane jako ulga dla budżetu płacowego, a wydane na niego ponad 80 milionów pozostawi niesmak w ustach działaczy Starej Damy. Sprowadzenie zawodnika o zawyżonych wymaganiach finansowych i jednoczesnym braku gwarancji dostarczenia odpowiedniego poziomu byłoby obarczone gigantycznym ryzykiem — zamianą jednego problemu na drugi, możliwe nawet, że na większy.

Powiedzieć, że w obecnym sezonie Lewandowski rozczarowuje, to mało. Zawodzi na całej linii. Postępujący regres jest widoczny gołym okiem w każdym kolejnym występie Polaka. Coraz częstsze błędy techniczne oraz wielokrotne przegrane pojedynki fizyczne niweczą dużą część ataków Dumy Katalonii, często w prosty sposób – wręcz szkolny. Jest zdecydowanie najsłabszym ogniwem w ataku oraz jednym z najsłabszych w całej drużynie — staje się dla Barcelony kulą u nogi, nie tylko sportową, ale również i finansową z powodu pokaźnej pensji. Nie odpowiada również potrzebom zespołu, co obrazuje odstawienie go na boczny tor kosztem Ferrana Torresa — który w filozofię szkoleniowca wpisuje się lepiej, zarówno intensywnością w grze bez piłki, jak i jakością techniczną. Bardziej drużynie przeszkadza niż jej pomaga, będąc cieniem swojej wersji z lat spędzonych w Bawarii.

W Bayernie z powodzeniem można było określać go mianem napastnika kompletnego, dającego wartość dodaną nie tylko poprzez liczbę zdobytych bramek, ale również ogólnym wpływem na grę zespołu. Wybitna prezencja w grze tyłem do bramki, tężyzna pozwalająca na liczne pojedynki (w większości ze skutkiem pozytywnym) czy nawet możliwość zagrania z nim na jeden kontakt, bądź zejście do rozegrania piłki. Atuty, które przez lata budowały jego nazwisko, jako jedną z dziewiątek absolutnych, zanikły. Naturalnie, jest to spowodowane wiekiem — granicą, której nie przeskoczy nikt. Nawet jeśli biologicznie „czuje się na 30 lat”, boisko boleśnie to zweryfikuje w starciach z obrońcami o dekadę młodszymi. Tym samym Lewandowski powoli staje się ciężarem, na którego trzeba pracować aniżeli elementem kolektywu pracującym dla drużyny — wręcz ją ograniczając.

Jednakże, z powodu braku pola manewru w najbliższym okienku transferowym podpisanie prolongaty Polaka może okazać się konieczne. Dodatkowy rok Roberta, z obniżoną pensją oraz redukcją wymiaru czasu gry, wydaje się opcją sensowną. Przede wszystkim bezpieczną, pozwalającą myśleć przyszłościowo o docelowym transferze napastnika z absolutnej europejskiej czołówki, który zapełniłby lukę po Lewandowskim. Wiązanie sobie rąk umową ze snajperem klasy średniej — zapewne ze sporawym wynagrodzeniem — te możliwości, w pewnym zakresie, by ograniczyło. Zatrzymanie Polaka to de facto kupowanie czasu, który z całą pewnością jest potrzebny — a w obecnej sytuacji, gdy klub nadal balansuje na finansowej krawędzi, spieszyć się nie należy. Ku nieuciesze dużej części kibiców liczących na jego odejście, jest to konieczność — poniekąd wybór braku wyboru, wymuszony przez obecne realia. Czasami w futbolu najmądrzejszą decyzją jest zachowanie statusu quo — rozłąka, która wyszłaby na dobre, musi zostać odłożona w czasie. Na rok.