Gdyby ktokolwiek podszedł do mnie na sparingu Widzewa z Lechią Tomaszów Mazowiecki 22 lipca 2015 roku w Żarnowie i powiedział, że po gehennie w niższych ligach i odbudowaniu klubu ze zgliszczy przejmie go miliarder, a w dodatku będzie jego kibicem pamiętającym jeszcze sukcesy lat 80-tych, to bym mu odpowiedział, że chyba dym z oprawy kibicowskiej zaszkodził jego szarym komórkom. Ale wtedy ów dym wieszczący, że Widzew się odradza jak Feniks z popiołów nikomu nie zaszkodził, a przejęcie klubu stało się faktem. Robert Dobrzycki przejął większościowy pakiet klubu Widzew Łódź, czym rozbudził nadzieje rzeszy kibiców RTS.
Foto: moja prywatna kolekcja zdjęć (Widzew – Lechia Tomaszów Mazowiecki)
Tomasz Stamirowski wprowadza klub do ekstraklasy
Ale zanim o Robercie Dobrzyckim, chciałbym wspomnieć przejęcie klubu przez Tomasza Stamirowskiego od Stowarzyszenia RTS w 2021r. Jak pamiętamy Tomasz Stamirowski przejął Widzew w 1. lidze i zrobił z nim awans do ekstraklasy – należy mu się za to szacunek. Pomimo różnych głosów, czy było to zamierzeniem zarobkowym, czy z pobudek kibicowskich. Ja szanuję każdą osobę, która z własnych środków wspomaga klub finansowo, stara się, żeby nastąpił jego rozwój. Takim niewątpliwie był awans i trzy sezony spędzone w ekstraklasie. Co prawda zajmowane miejsca w poszczególnych sezonach mogłyby być wyższe, ale rywalizowaliśmy w takich warunkach finansowych, na jakie na danym etapie było klub i pana Tomasza stać.
Jednego jest mi żal, mianowicie Pucharu Polski. Kiedy rozmawiałem krótko z panem Tomaszem przy okazji odsłonięcia pomnika ś.p. Jacka Machcińskiego, był optymistą, że ten puchar przy sprzyjających okolicznościach można podnieść na stadionie narodowym. Pamiętamy jednak co wydarzyło się w Krakowie, gdy pechowo przegraliśmy z późniejszym triumfatorem – Wisłą. Niemniej Tomasz Stamirowski mógł z podniesionym czołem oddać klub w ręce nowego właściciela, bez długów, w dobrej kondycji finansowej z bardzo dobrą pozycją wyjściową.
Robert Dobrzycki rozpoczyna przygodę życia w RTS Widzew Łódź
Któż z kibiców Widzewa nie chciałby być na miejscu pana Roberta? Zasobny portfel, fanatyczni kibice, którzy są na dobre i na złe, ale też mocno żyjący tym, co się w nim dzieje, krytyczni i merytoryczni, ale co najważniejsze – głodni sukcesu, który ma nadejść wraz z nowym właścicielem.
Robert Dobrzycki przejął klub w komfortowej sytuacji, jak wyżej wspomniałem – bez długów. Ale też bez konieczności „przedzierania” się przez niższe ligi, co jest dużym handicapem na start misji budowania Wielkiego Widzewa. Pozostało tylko wziąć się za realizowanie misji budowy wielkiego klubu, który ponownie będzie godnie reprezentować się na polskiej arenie, ale też międzynarodowej, bo puchary w Łodzi pamiętają już tylko boomerzy i milenialsi, a pokolenie Z poczynania pucharowe łodzian może jedynie podziwiać w internecie. Niestety sen z powiek właściciela i kibiców spędza stadion, który jest zwyczajnie za mały w stosunku do możliwości frekwencyjnych. Nie wiedzieć (albo wiedzieć – finanse) czemu, miasto, posiadając raport, w którym wyraźnie było zaakcentowane, że Widzew potrzebuje stadionu na minimum 32 tys., zbudowało go z prawie dwukrotnie mniejszym kompletem krzesełek. Zresztą współpraca na linii miasto – Widzew to historia, która chyba nigdy nie znajdzie happy endu…
Cieszy natomiast budowa ośrodka treningowego, bo treningi – zwłaszcza te zimowe – przez ostatnie lata to był ponury żart. Stan ten przekładał się nie tylko na złość kibiców, ale przede wszystkim na słabe wyniki drużyny – szczególnie wiosną – które były pokłosiem problemów organizacyjno-logistycznych. Ciężko też zachęcać jakościowych graczy do transferu, oferując im rower, jako środek lokomocji na wątpliwej jakości boisko treningowe. Budowa boiska treningowego przy stadionie, które jest gotowe do użytku, również pokazuje, że klub zmierza ku normalności. Jedynie żal parkingu (chociaż nie żal cen, jakie ostatnio występowały za parkowanie w dniu meczu…), ale nie można zjeść ciastka i mieć ciastko.
Pan Robert dopiero wchodzi w świat futbolu. Jest prężnym biznesmenem, zarządza potężną korporacją – zarzucanie mu, że musi działać ostrożnie, byłoby zapewne nadużyciem. Jednak futbol uczy pokory, cierpliwości. To zgoła inna specyfika niż działalność biznesowa, w której matematyka jest zgodna z tym, co na papierze i w portfelu. Zdaje się, że frycowe (jak to bywa w przypadku beniaminków po awansie o klasę wyżej) właściciel Widzewa zapłacił. Uważnie przyglądałem się ubiegłemu sezonowi – temu, co się w nim wydarzyło i jak to wszystko zafunkcjonowało.
Dostrzegłem fascynację nowego właściciela „Ferrari” – autem, którym trudno na początku sterować, jeśli do tej pory nie miało się styczności ze sportowymi samochodami. Tym objawem było – jak się później okazało – powierzenie celów sportowo-organizacyjnych ludziom, którzy tego ciężaru do końca nie udźwignęli. Co ciekawe, pan Robert woli wygodne auta, niż męki w wyścigowych furach, do których wsiadanie wymaga nieprawdopodobnej gimnastyki. Słuchałem podcastów z właścicielem RTS w roli głównej. Zarówno tych o sferze biznesowej, jak i sportowej. Można by na czynniki pierwsze rozkładać przyczyny częstych zmian trenerów, dyrektorów, zasadność niektórych transferów, ale jest to zbyteczne. Kibice Widzewa doskonale znają bolączki klubowe ostatnich miesięcy oraz powiedzenie: „Drużyny się nie kupuje, a buduje”.
Robert Dobrzycki to człowiek niezwykle inteligentny. Szybko wyciągnął wnioski, że z dotychczasowymi budowniczymi, którzy projekt klubu trzymali do góry nogami, niczego nie stworzy. Zrozumiał też, że dalsze podążanie tą drogą zrujnowałoby budżet i nie przyniosłoby zamierzonych efektów. Doradcy budowalni też okazali się trefni, bo cudzymi pieniędzmi łatwo zarządzać i je wydawać, ale skutek finalny zweryfikował bardzo szybko dobre (?) chęci.
Łukasz Masłowski – nowe porządki
Od sezonu 2026/2027 pan Robert już nie jest jedynie właścicielem, ale również (choć nie wiadomo na jak długo) prezesem klubu. Oznacza to, że będzie bardziej angażował się czasowo w klub i jego rozwój. To powinno cieszyć kibiców i dawać im nadzieję, że efekty będą dużo lepsze niż za jego poprzednika, Michała Rydza. Wraz z przyjściem nowego dyrektora sportowego i jego zaufanych ludzi, zmienia się też struktura odnośnie budowania kadry zespołu. Łukasz Masłowski z pracy w Białymstoku udowodnił, że potrafi sprowadzać graczy nieoczywistych, a Jagiellonia święciła za jego kadencji swoje największe sukcesy. Wydaje się, że horrendalnie wysokie ekwiwalenty za piłkarzy to na ten moment przeszłość, a okno z tak potężną wydaną kwotą jak to zimowe szybko się nie powtórzy – mimo iż słychać pomruki niezadowolenia, że o głośnych transferach można na tę chwilę zapomnieć.
Robert Dobrzycki dopiął jednak swego, bo o chęci zatrudnienia Masłowskiego mówiło się od początku przejęcia klubu. Łukasz czuje piłkę nożną, ma renomę w środowisku i wydaje się facetem z głową na karku, który w cenie choćby Bukariego, sprowadziłby 2-3 klasowych graczy do podstawowego składu RTS. Widzew przestał przepłacać, odsyła z kwitkiem zachłannych menago, próbujących wycisnąć klub jak cytrynę, podpisując najchętniej długi kontrakt za jak najwyższą kwotę. Ale przekaz jest jasny, Widzew to nie jest przechowalnia drogich w utrzymaniu gwiazdeczek (nie mylić z wysokim poziomem sportowym), to klub robotniczy – jak ma to miejsce w nazwie, która do tej pory powoduje u mnie ciarki, a jestem już kibicem z zacnym stażem. Fani, szczelnie zapełniający stadion przy Piłsudskiego 138, oczekują, że w zespole będą gracze głodni gry, sukcesów, pucharów. Walczący, nieodstawiający nogi, szanujący widzewskie barwy. Bo wszyscy wiemy, że Widzew to coś więcej niż tylko klub piłkarski. Rozumieją to na szczęście Robert Dobrzycki i Łukasz Masłowski. Ten drugi posmakował zresztą murawy jako zawodnik RTS, łódzki zespół był jego pierwszym profesjonalnym klubem w karierze.
Robertowi Dobrzyckiemu, Łukaszowi Masłowskiemu oraz całemu pionowi sportowemu życzę osiągnięcia zamierzonych celów, ale nie budowanych na wariackich papierach i pod publikę. Łukasz wie, że to droga donikąd, że szybko budowany domek z kart zazwyczaj rozlatuje się na kawałki. Doświadczenie jako klub w tym już mamy, nie chcemy wracać do smutnej przeszłości.
Jeszcze słowo o trenerze Widzewa
Aleksandar Vuković przejał Widzew w położeniu, którego nikt nam nie zazdrościł. Plan budowy silnego klubu mógł zostać przełożony o jeden sezon, a jak pokazała Wisła Kraków, jeden sezon w specyficznej 1. lidze mógłby nie wystarczyć na powrót do krajowej elity. Zespół zgruzowany fizycznie, zmęczony mentalnie. Zaciąg piłkarzy jeszcze nie do końca się ze sobą rozumiejący, poruszający się w grupkach na treningach i poza klubem. To nie był łatwy sezon – był zwariowany. Jak pamiętamy spadkowiczami mogli być również ci nie oczywiści. Kibice również tracili nadzieję, zaczynali widzieć zespół w ciemnych barwach – i nie chodzi mi o koszulki meczowe. Gdy już doczekaliśmy się wymarzonego właściciela, klub stanął na skraju degradacji. Vuko to dźwignął, podniósł zespół mentalnie i nastawił zadaniowo, zrealizował cel, jakim było utrzymanie. Oczywiście kibice będą zawsze utyskiwać na styl gry, defensywne podejście przy korzystnym rezultacie. Ale uwierzcie, o utrzymanie gra się inaczej niż choćby o mistrzostwo. Szczególnie, gdy masz w składzie zawodników, których cele były zgoła odmienne od realiów, w jakich ostatecznie się znaleźli. Vuković, były gracz i trener Legii na ratunek odwiecznemu rywalowi – o zgrozo! Ale Vuko to profesjonalista i tak też podszedł do swoich obowiązków. Zasłużenie również dostał kredyt zaufania i prowadzi zespół w tym sezonie, ale wymagania są już inne. Kibice będą oczekiwać bardziej ofensywnej gry i konsekwentnego punktowania, które szybko umocni nas w czubie tabeli. Swoją drogą, mnie osobiście styl interesuje znacznie mniej – jeśli będziemy punktować na wagę podium lub europejskich pucharów. Najważniejsze, by zespół był efektywny – tego życzę Widzewowi. Jednak dopiero najbliższe kolejki pokażą gdzie zmierzamy, czy okres przygotowawczy wreszcie da owoce na boisku.
Słowo o Arturze Płatku, dyrektorze sportowym w Widzewie. Rozmawiałem z nim na meczu Widzewa z Koroną w Kielcach w 2014 roku i taka ciekawostka. W bramce Widzewa stał wówczas Patryk Wolański, którego nasz nowy dyrektor, Artur Płatek, określił go wtedy mianem najlepszego bramkarza ligi z potencjałem sprzedażowym. Kariera Wolo mogła się ułożyć znacznie lepiej, stare dzieje…
Życzę Widzewowi walki o mistrza Polski, zdobycia pucharu Polski i dalszego rozwoju organizacyjnego. Robertowi Dobrzyckiemu oprócz cierpliwości – spełniania marzeń, bo jego marzenia to również nasze. Mistrzostwo Polski na 100-lecie ekstraklasy, byłoby sympatycznie, prawda?
Do Widzewa.

