Zbydlęcenie wszelkich wartości moralnych w futbolu, a przynajmniej w jego lwiej części, obserwuję już od dawna. Piłka nożna przestała być tylko piłką nożną, zaczęła prezentować sobą antagonizm prawości.
Futbol nigdy nie był wyłącznie futbolem.
W 1936 roku w Hiszpanii wybuchła wojna domowa. Rozpętało się piekło. Mierzyły się ze sobą dwa skrajnie różne obozy. Z jednej strony sporu stali Nacjonaliści, dążący do obalenia rządu republikańskiego – w ich skład wchodzili faszyści, konserwatywni monarchiści. Z drugiej – Republikanie. Skrzydło niezwykle szerokie. Liberałowie, socjaliści, komuniści, anarchiści oraz regionalni separatyści, czyli Katalończycy i Baskowie. Zderzenie dwóch wizji świata. Autorytaryzm z demokracją. Antykomunizm z socjalizmem. Klerykalizm z antyklerykalizmem.
Wygrał skrajny nacjonalizm. Po zakończeniu wojny dyktatura generała Francisco Franco rozpoczęła brutalną kampanię odwetową i asymilacyjną, wymierzoną w Katalonię i Kraj Basków. Na posługiwanie się tamtejszymi językami regionalnymi obowiązywał bezwzględny zakaz. Miastom nadano hiszpańskobrzmiące nazwy – m.in. Girona stała się Geroną – a za wywieszanie Senyery bądź Ikurriñy groziło więzienie. Rozstrzelano lub odesłano do obozów pracy tysiące baskijskich i katalońskich intelektualistów, polityków. Wprowadzono zakaz posiadania katalońskiej lub baskijskiej tożsamości. Bezwzględny i okrutny. Faszystowska tyrania.
Dla Katalończyków miejscem, a wręcz świątynią, gdzie – pod okiem reżimu – mogli demonstrować swoją katalońskość, było Camp Nou. Dziewięćdziesiąt tysięcy kibiców manifestowało swoją tożsamość. Flagi w zakazanych żółto-czerwonych barwach, które udało się przemycić na stadion, z dumą rozwijali na rozgrzmiałych trybunach. Mecz Barcelony był dniem, w którym mogli bez strachu rozmawiać w ojczystym języku. De facto, wówczas także katalońskim, cotygodniowym świętem.
Polityka w sporcie była obecna od zawsze, w piłce nożnej szczególnie. Bywa głosem buntu – tak jak niemal sto lat temu w Hiszpanii. Głośnym, krzyczącym. Jest także niestety narzędziem propagandy. Przykłady mogliśmy obserwować w 2018 roku podczas mundialu w Rosji czy w 2022 roku w Katarze, gdzie lukierkowy obraz państwa jako supergospodarza – w Katarze zbudowany na krwi robotników – miał przyćmiewać ponury obraz dyktatury, ocieplać wizerunek państwa totalitarnego. Podobnie działa to w przypadku ligi saudyjskiej – gwiazdy otrzymują petrodolary, a w zamian promują fałszywy, lśniący i złoty obraz państwa. W dzisiejszym świecie bez polityki nie ma sportu. Stała się jego nieodzowną częścią.
Dlatego też nie należy dyskutować i polemizować z tym, czy powinno się mieszać te dwa światy. To się dokonało lata temu. Nic tego nie zmieni.
Kilka dni temu Espanyol pozyskał nowego środkowego obrońcę – Vanję Drkusicia. Pozycja, która wymagała wzmocnienia. Leandro Cabrera, lider defensywy zespołu, ma już swoje lata. W czerwcu skończył 35 lat, pion sportowy musiał więc zacząć rozglądać się za jakościowym wzmocnieniem kadry. Pośród komentarzy w mediach społecznościowych dominuje radość kibiców z nowego nabytku, gdzieniegdzie przewijają się docinki w stronę rywala z Barcelony. Nikt jednak nie zauważa, skąd Drkusić przychodzi, od kogo brał pensję, w jakim kraju mieszkał i pracował, w jakim kierunku i do kogo płynie trzysta tysięcy euro za wypożyczenie – potencjalnie także miliony za rok, w umowie została zawarta opcja wykupu.
Słoweniec przybył z Rosji. Trafił tam w 2022 roku, jeszcze przed rozpoczęciem napaści na Ukrainę przez putinowski reżim. Mord cywilów w sąsiednim kraju najwyraźniej nie wywarł na nim większego wrażenia, bo dwa lata później zamienił Sochi na Zenit. Pensję, jak zakładam, musiał otrzymać obrzydliwie nieprzyzwoitą, pozwalającą pławić się w luksusie i żyć jak król. Klub z Petersburga bowiem należy do państwowej spółki Gazprom, największego światowego wydobywcy gazu ziemnego.
Rosyjski koncern jest kluczowym płatnikiem podatków do budżetu federalnego, z którego bezpośrednio finansowana jest armia i produkcja zbrojeniowa. Takiemu klubowi płaci Espanyol.
I w LaLidze na nieszczęście nie są przypadkiem odosobnionym. Za dwa dni miną trzy lata od transferu Arsena Zakharyana, kiedy to baskijski Real Sociedad zapłacił trzynaście milionów euro za rosyjskiego gracza Dynamo Moskwa – klub również o statusie państwowo-instytucjonalnym. Także walenckie Elche za cztery miliony ściągało krótko po rozpoczęciu inwazji Ezequiela Ponce ze Spartaka Moskwa.
Zapominamy. O bombach spadających na ukraińskie miasta. O polowaniu na ludzi przez drony. O rabujących, mordujących i – nie bójmy się użyć tego słowa – gwałcących w Ukrainie rosyjskich sadystach. O popełnianych zbrodniach wojennych. O ludzkiej tragedii. Na nikim nie robi to już wrażenia. Wojna przeszła do porządku dziennego. Brzmi okrutnie, bezdusznie, ale tak jest.
Ci najwięksi, po czterech i pół roku przerwy, próbują nas ponownie oswoić z barwami tych, którzy powyższych zbrodni dokonują. W lipcu Międzynarodowy Komitet Olimpijski zdjął sankcje blokujące Rosjan oraz wycofał wcześniejsze rekomendacje, dając światowym federacjom wolną rękę w przywracaniu rosyjskich zawodników do rozgrywek. FIVB zareagowała momentalnie. Siatkarze z Rosji zostali uprawnieni do gry w turniejach – w 2027 roku zobaczymy ich w Lidze Narodów.
To samo, za jakiś czas, prawdopodobnie czeka nas w piłce nożnej. – Ten zakaz nic nie dał, stworzył jedynie więcej frustracji i nienawiści – mówił ponad miesiąc temu Gianni Infantino. Rosjanie dryfują na peryferiach futbolu. Mogą liczyć wyłącznie na mecze towarzyskie, z kadrami, którym ich obecność nie przeszkadza – z Białorusią, państwami afrykańskimi (Zambia, Nigeria) i południowoamerykańskimi (Chile, Boliwia). Ale już teraz międzynarodowa federacja testuje grunt pod nogami. Reprezentacja Rosji do lat 15 została uprawniona do gry w nadchodzących młodzieżowych mistrzostwach świata. – Podobnie jak w innych dyscyplinach olimpijskich, proces przywracania praw rosyjskim sportowcom zaczyna się od naszej młodzieży. Mamy nadzieję, że decyzja FIFA będzie pierwszym krokiem w kierunku pełnego powrotu rosyjskich reprezentacji narodowych i klubów do światowych i europejskich rozgrywek piłkarskich – pisał rosyjski minister sportu, Michaił Diegtiariow. Na powrót do Europy nie pozwalają tutejsze federacje krajowe. Skrupulatnie deklarują, iż nie mają zamiaru grać z Rosjanami. Stanowczość godna podziwu.
Jednak pamiętajmy, w tych samych państwach transfery z lig rosyjskich przechodzą bez większego echa. Vanja Drkusić, jeśli nie powstrzymają go czynniki losowe, wybiegnie na Camp Nou w derbach Barcelony. Zawodnik, któremu państwo faszystowskie płaciło w Zenicie złote góry, rozegra mecz na stadionie, który niemal sto lat temu był symbolem walki, buntu i sprzeciwu wobec frankistowskiego faszyzmu. Rzeczywistość bywa przykra.
Zdjęcie na okładce: fot. kremlin.ru, licencja: CC BY 4.0.
