Rwanda: Cierpiący naród piłkarski – reprezentacja bez najmniejszych sukcesów

Kolejne eliminacje, kolejne wielkie nadzieje i kolejne rozczarowania. Rwandyjczycy z utęsknieniem wspominają rok 2004, kiedy to ich reprezentacja zadebiutowała i zarazem ostatni raz wystąpiła na Pucharze Narodów Afryki. Trafienie Saida Makasiego, dające zwycięstwo z Demokratyczną Republiką Konga, do dziś jest często odwijane w rwandyjskich mediach społecznościowych, a przecież to już prawie dwie dekady od tych wydarzeń. Jednak trudno się dziwić – niewiele jest narodów tak bardzo kochających piłkę, a mających zarazem tak małe znaczenie na arenie międzynarodowej. Dziewiętnaście lat w Afryce to nie są, jak w przypadku Europy, cztery edycje mistrzostw kontynentu. Na Czarnym Lądzie od początku 2005 roku odbyło się dziewięć imprez najwyższej rangi mistrzowskiej. Przed nami jest dziesiąta, i każdą z nich piłkarze rwandyjskiej reprezentacji mogli, oraz będą mogli, jedynie oglądać w telewizorach. Polska kadra miała w swojej historii bardzo ciężkie czasy, ale nigdy nawet na krok nie zbliżyliśmy się do bólu, jaki odczuwa naród Rwandy, tak bardzo kochający piłkę nożną, a nie mogący cieszyć się z choć małych sukcesów kadry narodowej.

Eliminacje do Pucharu Narodów Afryki 2023 (przeniesionego na 2024 rok) miały być kompletnie inne. Rwanda trafiła w grupie na Senegal, Benin oraz Mozambik. Mistrz Afryki naturalnie był absolutnie poza zasięgiem, jednak na turniej finałowy awansują dwie najlepsze drużyny fazy grupowej kwalifikacji, a pozostali rywale byli już jak najbardziej w zasięgu Amavubi. Miał to być czas, kiedy w Kraju Tysiąca Wzgórz wreszcie będą mogli celebrować awans własnej reprezentacji na największy turniej piłkarski na całym kontynencie. Rzeczywistość była jednak brutalna, żeby nie powiedzieć typowa, dla Rwandyjczyków. Trzy punkty na koniec eliminacji, z czego jeden zdobyty na własnym terenie z młodzieżową reprezentacją Senegalu, to katastrofalny wynik jak na tak względnie łatwą grupę. Można sobie wmawiać, że gdyby nie bramka Sadio Mane na 0-1 w 98 minucie drugiej kolejki, czerwona kartka Hakima Sahabo przy prowadzeniu w spotkaniu z Beninem, czy walkower za mecz z tą samą reprezentacją, to byłoby inaczej. Kadra Rwandy, choć ma wielki potencjał kadrowy, to znajduje się obecnie w fatalnym położeniu. Na stanowisko selekcjonera brakuje poważnego kandydata, a wybory jak Carlos Ferrer to eksperymenty praktycznie z góry skazane na porażkę. Hierarchia piłkarzy praktycznie nie istnieje, a powołania są często nielogiczne.

I w najbliższym czasie pewnie niewiele się zmieni. Nawet jeśli jakimś cudem organizacyjnie i pod względem rezultatów reprezentacja poczyniłaby postęp, to trzeba w losowaniu eliminacji do następnego Pucharu Narodów Afryki znów liczyć na szczęście, jak w ostatnim przypadku. Bo na potencjalny awans Amavubi nie składa się wyłącznie powstrzymanie „pecha” (tzn. Wcześniej przytoczone sytuacje w meczu z Senegalem i Beninem), czy poprawienie się w organizacji, ale również odpowiedni dobór rywali. Reprezentacja Rwandy nawet w swoim peaku formy po prostu nie byłaby w stanie przeskoczyć niektórych barier w postaci rywali z pierwszego szeregu w Afryce, więc musi liczyć na względnie łagodne losowania. Przed nami eliminacje na Mistrzostwa Świata, gdzie Rwandy w grupie zmierzy się z Lesotho, Zimbabwe, Beninem, RPA oraz Nigerią. Nawet jeśli byliby w stanie pokonać rywali w swoim zasięgu, to piłkarze Południa Afryki, czy szczególnie Victor Osimhen i spółka są po prostu zbyt mocni, by Amavubi byli w stanie zająć chociaż to drugie miejsce dające baraże. W skrócie mówiąc – prędzej wyobrażę sobie Polaków sięgających po Mistrzostwo Świata, niż Rwandę na Mundialu w najbliższych kilkunastu latach. Pewnie za jakiś czas piłkarze Kraju Tysiąca Wzgórz zagoszczą na Mistrzostwach Narodów Afryki czy jakimś turnieju młodzieżowym, jednak awans na wyczekiwany od lat Puchar Narodów Afryki wydaje się być obecnie celem nie do osiągnięcia.