ADRIAN BŁĄD: GKS jest przykładem na to, że w piłce można wiele przeżyć [WYWIAD]

Okres przygotowawczy w polskich klubach wchodzi w jego główną fazę, ponieważ wszystkie kluby z Ekstraklasy i 1. Ligi powyjeżdżali na obozy przygotowawcze. Większość zespołów wybrała opcję zagraniczną, jednak były też takie zespoły, które wybrały trenowanie w Polsce. Jedną z tych drużyn był GKS Katowice, który przez ostatni tydzień przebywał w opalenickim Hotelu Remes. Miałem okazję przeprowadzić rozmowę z skrzydłowym „GieKsy” Adrianem Błądem. W nim dużo o jego piłkarskiej karierze, obecnym sezonie oraz o… jego potencjalnej przyszłej pracy.

Debiutowałeś w Ekstraklasie już w wieku 18 lat, kiedy to zagrałeś swoje pierwsze minuty w meczu Zagłębia Lubin z Ruchem Chorzów w sierpniu 2008 roku. Jak wspominasz tamten mecz?

Myślę, że debiut dla każdego młodego chłopaka w macierzystym klubie przy kolegach, przy własnej rodzinie jest na pewno niespotykaną i niezapomnianą chwilą, więc cieszyłem się, że mogłem zadebiutować w swoim ukochanym klubie. Na pewno to wspomnienie zostanie ze mną do końca życia, bo jest to dla mnie wyjątkowy mecz.

Wyjątkowe też powinny być dla Ciebie mecze rozegrane w młodzieżowych kadrach narodowych, ponieważ jak jeszcze zaczynałeś dopiero swoją przygodę w piłce seniorskiej grywałeś w kadrach Polski U19 i U20. W meczu towarzyskim z Włochami udało Ci się nawet strzelić bramkę dającą zwycięstwo, więc na pewno są to wyjątkowe chwile. Szatnię dzieliłeś z takimi zawodnikami, jak Wojciech Szczęsny, Grzegorz Krychowiak czy Bartosz Salamon – mocne nazwiska. Jak wspominasz tamte parę spotkań? Czego Cię one nauczyły? I z którymi osobami z tamtej drużyny ciągle masz kontakt?

Z mało którymi zawodnikami zawodnikami, z Bartkiem Salamonem – po części, z Mateuszem Szczepaniakiem (niegdyś Podbeskidzie Bielsko-Biała, Zagłębie Lubin, Miedź Legnica – przyp. red.) mamy kontakt do dzisiaj. Odnośnie kadry, na pewno wspominam takie mecze wyjątkowo, są to mecze z „Orzełkiem na piersi”, dla każdego chłopaka grającego w piłkę jest to spełnienie marzeń. Każdy dąży do tego, żeby grać w pierwszej reprezentacji, także każdy występ w młodzieżowej kadrze jest dla każdego zawodnika spełnieniem dziecięcych marzeń.

Przed sezonem 2011/2012 zostałeś wypożyczony z Zagłębia do Zawiszy Bydgoszcz i była to pierwsza zmiana klubu w Twojej karierze. Ten transfer czasowy pomógł Ci się w dalszej perspektywie wybić na tyle, by w Ekstraklasie grać regularnie. Notowałeś dobre statystyki: w pierwszym sezonie w 35 rozegranych meczach strzeliłeś 15 bramek i zanotowałeś 4 asysty, natomiast w drugim w 18 spotkaniach strzeliłeś 4 gole i miałeś 3 asysty, ale wówczas wróciłeś na wiosnę do Lubina. Tak na dobrą sprawę to wypożyczenie pozwoliło Ci wrócić do Ekstraklasy i ustabilizować w niej swoją pozycję. Jak po latach oceniasz swój pobyt w Zawiszy?

Myślę, że tak jak powiedziałeś – był to dla mnie kluczowy moment. Była to wyjątkowa decyzja, bo jeszcze za kadencji trenera Jana Urbana w Zagłębiu postanowiliśmy, że wypożyczenie będzie dla mnie najlepszą opcją, będę mógł grać regularnie, niż wówczas w Zagłębiu. Wtedy w Zawiszy był trener Janusz Kubot, trener z Lubina, który bardzo chciał mnie mieć w swoim zespole. To była główna przyczyna, przez którą w Bydgoszczy się zameldowałem. Jestem wdzięczny za to, że taką szansę otrzymałem, bo był to dla mnie moment kluczowy, dzięki któremu zagrałem na poziomie centralnym, na którym gram do dzisiaj.

Półtora sezonu w barwach Zawiszy pozwoliły Ci powrócić do Zagłębia na następne 3 lata. Nie były to jednak lata zbyt kolorowe, bo pomimo rozegrania 98 meczów w zespole z Lubina to bardzo często meldowałeś się na boisku z ławki rezerwowych. Wartym odnotowania pozytywem był mecz z Widzewem w Łodzi (3:1, mecz domowy z sezonu 2013/2014), w którym strzeliłeś dublet. Wliczając ten mecz miałeś nie najlepsze liczby – tylko 11 goli i 4 asysty w prawie 100 rozegranych spotkaniach. Jakie były główne powody tego, że nie przebiłeś się w Zagłębiu?

Można powiedzieć, że może byli lepsi zawodnicy? Skoro nie grałem to może ktoś był lepszy na mojej pozycji, miał większe umiejętności i dawał większą wartość drużynie. Dlatego byłem zmiennikiem, zbierałem mniej minut, ale z dzisiejszej perspektywy nie żałuję tego, bo grałem w swoim macierzystym klubie i cieszę się, że było mi dane rozegrać tak dużo spotkań dla niego. W tamtych czasach kluby nie stawiały tak często na swoich wychowanków, jak w chwili obecnej i wychowankowie mieli trochę bardziej „pod górkę” z wejściem do zespołu, niż teraz. Można powiedzieć, że było słabo, ale ja się cieszę, że mogłem aż tyle meczów w barwach Zagłębia zagrać, bo niejeden chłopak z Lubina chciałby mieć tyle rozegranych, ile mam ja.

Twoje odejście z Lubina miało na pewno jakąś wartość sentymentalną, ponieważ zaczynałeś w nim swoją karierę i przeszedłeś wszystkie szczeble młodzieżowe, aż po pierwszą drużynę Zagłębia. Nie jest to byle jaka akademia, skoro wychowywał się w niej niegdyś np. Piotr Zieliński. Jak oceniasz zatem system szkolenia w szkółce Zagłębia? Czy na bazie Twoich doświadczeń jesteś w stanie stwierdzić, że jest to najlepsza akademia w kraju?

Zacznijmy od tego, że kiedy ja byłem w akademii Zagłębia to wszystko nie wyglądało tam tak dobrze. Akurat jak trenował tam Piotr Zieliński to cała infrastruktura zaczęła się polepszać i rozrastać. Ja jeszcze trenowałem na boisku, na którego środku były kamienie, więc wyglądało to nieco inaczej, niż w chwili obecnej. Jednak dzisiaj mogę powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych akademii w Polsce poprzez szkolenie młodzieży, infrastrukturę, która się tam rozwinęła czy poprzez nazwiska, które z niej wychodziły do poważnej piłki. Myślę, że należy ona do krajowej czołówki.

Wracając do Twojej kariery trzeba zahaczyć o epizod w Gdyni. Było to jednosezonowe wypożyczenie, które udało się okrasić niesamowitym sukcesem, jakim niewątpliwie jest wygranie Pucharu Polski, a także uczestniczyłeś w tej szalonej pogoni za utrzymaniem zakończonej sukcesem dzięki pamiętnej ręce Rafała Siemaszki. Podobnie jak w Zagłębiu, tak i w Arce odgrywałeś marginalną rolę, ale myślę, że mogłeś lekko żałować odejścia z Gdyni ze względu na europejskie puchary. Czy rzeczywiście tak było?

Tutaj sam sobie odpowiedziałeś na to pytanie. Byłem postacią z marginalną rolą na boisku, przez co nie było sensu zostawać w Gdyni na dłużej. Myślę jednak, że mając niewielki wpływ na grę zespołu, a mimo to zdobyć medal za wygranie Pucharu Polski, to niejeden chciałby się ze mną po prostu zamienić miejscami. Wbrew pozorom jednak nie żałuję tego wypożyczenia. Spędziłem w Arce fantastyczny rok, poznałem mnóstwo świetnych osób, może grałem mało, ale na pewno znajdą się jakieś fajne momenty, takie jak gol w derbach z Lechią Gdańsk na remis, która na długo zostanie zapamiętana w Gdyni.

Następnym przystankiem w Twojej piłkarskiej karierze był GKS Katowice, w którym grasz po dziś dzień. Nie potrzeba było jednak sporo czasu, aby przeżyć niesamowity rollercoaster, gdyż w pierwszym Twoim sezonie w „GieKsie” otarliście się o awans do Ekstraklasy, by w następnym sezonie z hukiem spaść do 2. Ligi. Najważniejszym było dla Ciebie jednak to, że w końcu znalazłeś klub, w którym grałeś regularnie i byłeś w nim gwiazdą. Jak oceniasz swój dotychczasowy pobyt w Katowicach? Czy można nazwać Ciebie taką legendą obecnych czasów GKS-u?

Zacznę od końca: myślę, że do legend jest mi daleko, a jeżeli chodzi o obecny czas: na to, że takie słowa w ogóle padają może wskazywać to, że spośród wszystkich zawodników ja jestem tutaj najdłużej. Nie czuję się dobrze z określaniem mnie legendą, a jeśli chodzi o to, co tutaj zdążyłem już przeżyć to cała moja dotychczasowa przygoda w „GieKsie” to jest wielki rollercoaster, bo w moim pierwszym sezonie byliśmy dwa mecze od Ekstraklasy, a skończyło się spektakularnym spadkiem po strzale bramkarza, więc jak się mówi, że w piłce trzeba przeżyć wszystko to nasza drużyna jest tego świetnym przykładem, bo co pół roku, rok dzieje się u nas coś nowego, po prostu co chwilę coś się dzieje. Za chwilę zapytasz mnie pewnie o Ekstraklasę, po to tutaj przychodziłem i bardzo chcę, aby GKS wkrótce tam zakotwiczył.

W Katowicach dużo się dzieje, co też pokazuje obecny sezon. Sierpień kończyliście na 5. miejscu z 13 punktami na koncie, po czym przyszła seria 8 meczów bez zwycięstwa. Ta sinusoida formy jest ogromna: raz jesteście w czubie, raz w środku, a innym razem w dolnej części tabeli. Jakie były główne przyczyny tego spadku formy? Czego możemy się po was spodziewać na wiosnę?

Myślę, że główną przyczyną była urazowość w naszej drużynie, gdzie kilku zawodników w jednym momencie potrafiło wypaść z powodu kontuzji i nie było za nich jakościowych zastępców, a przecież na to złożyły się jeszcze kartki. Bierzemy też na swoje barki takie mecze, jak m. in. przegrany mecz z Wisłą Kraków na wyjeździe, gdzie my mamy ten mecz pod kontrolą, a nagle dzieją się niestworzone rzeczy i Wisła odwraca to spotkanie. Takich punktów na pewno bardzo żałujemy, bo dzisiaj mogliśmy się spotkać w sytuacji, w której bylibyśmy spokojnie w strefie barażowej, a jak tabela wskazuje jesteśmy trochę niżej. Najważniejsze dla nas, że wszyscy, którzy są w Opalenicy są zdrowi i jest to kluczowe do tego, aby nasza forma rosła, bo rywalizacja na poszczególnych pozycjach spowoduje lepszą formę u każdego z nas, a to będzie się przekładało na wydarzenia boiskowe.

Przekonamy się na koniec sezonu, jak ostatecznie skończycie rozgrywki ligowe, a ja za to mam do Ciebie pytanie trochę inne, niż wszystkie dotychczasowe. Co planujesz robić po zakończeniu kariery piłkarskiej?

Są dwie drogi, które staram się rozwijać. Pierwszą z nich jest skauting, a drugą z nich jest forma biznesu ubezpieczeń i w tym kierunku też bardzo mocno się rozwijam. Mam z tyłu głowy pesel, że wiecznie grać w piłkę nie będę, więc myślę, że jestem gotowy na to, by kiedyś zrezygnować. Ale kiedy? Tego nie wiem.

Co Cię najbardziej ciekawi w skautingu? Dlaczego uważasz, że będzie to dla Ciebie główne źródło dochodów w przyszłości?

Przede wszystkim obserwacja młodych zawodników oraz zwracanie uwagi na ich predyspozycje i umiejętności. Poprzez moje doświadczenie i rozumienie gry na poziomie Ekstraklasy i 1. Ligi mam taki zmysł do oceny zawodnika, z biegiem czasu będę się rozwijał, a moja świadomość i podejście do zawodnika wejdzie na wyższy level, dzięki czemu ten dział jest tym, którym najbardziej chciałbym się zajmować.

Czy są więc zatem tacy piłkarze w „GieKsie”, którzy mogliby poradzić sobie w Ekstraklasie nawet jakby mieli wejść do tej ligi już zaraz?

Myślę, że choćby Antek Kozubal, który jest do nas wypożyczony ma bardzo duże umiejętności i kwestią czasu jest to, kiedy dostanie poważną szansę w Ekstraklasie.

I na samo zakończenie: GKS Katowice zagra w sezonie 2024/2025 w Ekstraklasie. Tak czy nie?

Bardzo mocno w to wierzę i powiem, że tak.

Share via
Copy link