Zawiódł trener, zawiodła obrona. Nie jedziemy na mundial

Wszelkie zabookowane hotele polscy kibice mogą odwołać. Na mundial najwcześniej udamy się w 2030 roku. Jest to pierwszy raz od dwunastu lat, gdy Polska nie weźmie udziału w międzynarodowym turnieju.


Zmarnowana szansa

Wymowna, pomeczowa cisza w szatni. Niedosyt, niespełnione ambicje oraz zaprzepaszczona okazja na ostatnie Mistrzostwa Świata dla weteranów kadry — Roberta Lewandowskiego i być może (kierując się wiekiem) Piotra Zielińskiego.

Znaków ostrzegawczych przed i w trakcie baraży było jednak sporo. Znaków, które sugerowały, że tym razem może nam się nie udać. Że tym razem nie wejdziemy niepostrzeżenie tylnymi drzwiami na kolejny wielki turniej. I tak się stało, nie weszliśmy.


Ego i doświadczenie

Począwszy od powołań, już przy nich można było stawiać znaki zapytania. Nie na tyle, by wieszczyć koniec marzeń o wyjeździe do Ameryki Północnej. Ale były.

Jan Urban w dalszym ciągu pozostaje obrażony na Sebastiana Walukiewicza. Dlaczego? Stara śpiewka o nieodebranym połączeniu, stroszenie piórek i urażone selekcjonerskie ego. Mało profesjonalne, niepotrzebne. Zwłaszcza że sam Walukiewicz na tym zgrupowaniu (jak i na poprzednich) by się przydał. Murowanego kandydata na półprawego stopera jak nie było, tak nie ma. Zawodnik Serie A mógłby ten wybór uprościć.

Jego miejsce zajął Bartosz Bereszyński – niewątpliwie człowiek dla tej reprezentacji zasłużony, wielokrotny reprezentant. Obecnie jednak jest już po drugiej stronie Oreto (rzeki uchodzącej w Palermo do Morza Tyrreńskiego). Na zapleczu włoskiej czołówki gra rzadko. Jak już, to z ławki i nie więcej niż 45 minut. Jednak podczas baraży na owej ławce pozostał, nie podnosząc się ani razu. Produktywne powołanie.

Kwestionować można było również powołania dla Krzysztofa Piątka i Kamila Grosickiego. Ten pierwszy latem zamienił ligę turecką na ligę katarską. Strzela w niej, ale egzotyczny gol w rozgrywkach o niskiej intensywności waży mniej niż europejski. Drugi co prawda, w Europie pozostał, ale ciężko znaleźć u niego pozytywy, bo od ostatniego zgrupowania zaliczył jedną asystę. Z usług obu panów Jan Urban skorzystał łącznie przez dwie minuty.


Prezent z kokardką

Przechodząc do śmietanki stricte piłkarskiej, już w meczu z Albanią było widać nasze największe problemy.

Chciałoby się powiedzieć, że Albania mogła grać dalej, ale nie chciała. Za udział w finale możemy dziękować nie sobie, a właśnie Albańczykom, bo swoje sytuacje marnowali na potęgę. Mieli co najmniej trzy klarowne okazje na strzelenie gola, w tym jedno na dwubramkową przewagę. Z lepszą skutecznością, to oni lecieliby do Sztokholmu.

Zwycięstwo w Warszawie nie zależało od nas. Polacy byli całkowicie pozbawieni argumentów, tych defensywnych i tych ofensywnych. Na ruszających na bramkę przeciwników, obrońcy byli bezradni. Kreowanie sytuacji bramkowych szło z trudem i finalnie pomóc musiał nam Thomas Strakosha, który swoim wyjściem przy rzucie rożnym sprezentował Robertowi Lewandowskiemu pustą bramkę. Następnie zwycięstwo zapewnił Piotr Zieliński strzałem z dystansu. Krótko mówiąc, prześlizgnęliśmy się.


Szwedzki stół

W meczu ze Szwecją wyglądaliśmy lepiej. Tworzyliśmy okazje. Owszem, szwankowało wykończenie, ale mieliśmy argumenty, które nie musiały być podarunkiem od rywali.

Choć daleko jest do optymizmu. Graliśmy w piłkę nie dlatego, że zamknęliśmy bezradnych Szwedów na własnej połowie. Lecz dlatego, że pozwolili nam w tę piłkę grać. Taki mieli plan na mecz. Być może mało ambitny, bazujący odrobinę na szczęściu, ale skuteczny. Bardzo możliwe, że na większe granie nie było ich stać, ale to w zupełności wystarczyło.

Kartki z podziękowaniami mogą wysyłać do polskich obrońców, którzy przy każdej bramce dali coś od siebie. Pierwsza, Elanga na wolnym polu, puste przedpole, hektary miejsca. Druga, zawalone krycie przy stałym fragmencie gry, Lagerbielke puszczony samopas przy krótkim słupku. Trzecia, tutaj wydarzył się tak zwany kryminał. Kiwior rozłożony na murawie, oddane dwa strzały, jeden obroniony, drugi w słupek, nieudane wybicie Wiśniewskiego i za trzecim Gyokeres trafia do pustej siatki. Trudno jest poszukać gorszego występu defensywy w ostatniej dekadzie.

Oczywiście, na wyróżnienie zasługuje selekcjoner. Jan Urban nie potrafi zarządzać meczem. O zmiany aż się prosiło. Zagubiony Kiwior z żółtą kartką czy zajechany fizycznie Cash boisko powinni opuścić już po pierwszej połowie. Zdecydował się na jedną zmianę – Pietuszewskiego za Świderskiego. Grosickiego i Piątka z oczywistych względów nie liczę, bo łącznych dwóch minut i czterech kontaktów z piłką szkoda odnotowywać.


Lepiej być nie może

Krótko po zakończeniu meczu Cezary Kulesza poinformował o przedłużeniu kontraktu z Janem Urbanem. Jest to, mimo wszystko, dobra decyzja. Jednak nie z powodu tego, że selekcjoner radzi sobie na swoim stanowisku. Bo tak nie jest, dobitnie pokazały to baraże. Z Cezarym Kuleszą u steru nie wierzę w nikogo poważnego, bo nikt duży i zagraniczny do podlaskiego folwarku z własnej woli nie przyjdzie. By do reprezentacji przyszedł ktoś z pokaźnym nazwiskiem, musiałby się zmienić prezes, bądź musiałaby zostać przeprowadzona akcja rodem z Incepcji Christophera Nolana. A przynajmniej do 2029 roku, kiedy kończy się jego kadencja, realniejszą opcją wydaje się to drugie.

Z niechęci do obecnej głowy PZPN-u, muszę napisać jeszcze parę słów. To Cezary Kulesza jest głównym winowajcą braku awansu na mundial. To on zmarnował dwa lata z Michałem Probierzem, to on zarządza piłkarską organizacją jak wójt wioską pod Białymstokiem. Przez owe dwa lata, przez które Michał Probierz rozłożył drużynę na części pierwsze, utrudnił swojemu następcy niełatwe już zadanie i przede wszystkim, zabrał nam kolejny, cenny czas.


Curaçao

Na sam koniec przygotowałem parę słów, w obliczu wielokrotnych zaskarżeń na Curaçao i ich skandalicznego występu na turnieju, bo jakim prawem grają oni, a nie my.

Drogi Kibicu,
Mistrzostwa Świata (jak sama nazwa wskazuje) są rozgrywkami międzykontynentalnymi. Jest na nich miejsce zarówno dla Curaçao, Uzbekistanu i RPA, jak i dla Francji, Brazylii czy Hiszpanii. Jeśli chcesz oglądać mecze grupowe Polski z Danią, Włochami i Kosowem, włączaj telewizor równo co cztery lata, począwszy od 2028 roku. Nie zadawaj pytania „dlaczego oni jadą?”. Bardziej stosowne jest: dlaczego my nie jedziemy? Bo powodów jest naprawdę dużo.
Z wyrazami szacunku,