Frustracja, niemoc, niestabilność (Stacja: Legia #2)

Wypełniona kibicami Żyleta tuż przed rozpoczęciem meczu z Puszczą (fot. Adam Bartosiewicz)

W ostatniej kolejce Legia Warszawa zremisowała u siebie 1:1 z Puszczą Niepołomice. Ten mecz zachwiał nastrojami nawet największych optymistów wśród kibiców Legii. Sam wychodziłem ze stadionu zwyczajnie wściekły. My po raz kolejny wypełniamy stadion w dobrej (jak na porę roku i rywala) liczbie, a piłkarze po raz kolejny nie dojechali na mecz od pierwszej minuty. Znowu drużyna zaprezentowała się znacznie poniżej własnych umiejętności, tracąc punkty z niżej notowanym rywalem. Spotkania warszawskiego klubu coraz ciężej się ogląda, ładne i składne akcje czy to w ataku pozycyjnym, czy w kontrataku są raczej wyjątkiem, niż regułą. Do tego legionistom wyraźnie brakuje stabilności, zagranie kilku spotkań z rzędu na równym, wysokim poziomie wydaje się być niemożliwą do przeskoczenia poprzeczką. Wszystko to nie napawa optymizmem przed resztą rundy, w której przecież celem nadrzędnym nadal jest zdobycie Mistrzostwa Polski.

Nic nowego

Brak regularności w grze Legii nie powinien być dla nas niczym zaskakującym. Awans do fazy grupowej Ligi Konferencji tylko ten problem uwypuklił – sprawił, że stał się jeszcze bardziej widoczny, niż wcześniej. W sezonie 2022/23, gdy legioniści rywalizowali tylko na krajowym podwórku, również mieli problemy z ustabilizowaniem formy. Na początku ich styl gry nie był zbyt atrakcyjny, ciężko się to oglądało. Po zmianie formacji na trójkę obrońców zaczęło to wyglądać nieco lepiej, jednak z regularnym punktowaniem nadal było w kratkę. Więcej niż dwa ligowe mecze z rzędu byliśmy w stanie wygrać dopiero w marcu, kiedy dopisywaliśmy komplet punktów kolejno po meczach z Górnikiem, Stalą, Radomiakiem i Rakowem. Szczególnie to ostatnie ze spotkań było bardzo dobre w wykonaniu podopiecznych Runjaica. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że był to najlepszy ligowy mecz Legii podczas całej dotychczasowej kadencji Niemca. Sęk w tym, że tuż po nim przyszedł zaskakujący remis w Legnicy ze znajdującą się w strefie spadkowej Miedzią. Był to szczególnie bolesny wynik, gdyż była szansa zbliżyć się do liderującego Rakowa na cztery punkty, tak aby walka o Mistrzostwo Polski ciągle była otwarta. Jednak Legia potknęła się na terenie beniaminka, a potem nie wygrała jeszcze dwóch kolejnych spotkań z Lechem i Wartą, tym samym grzebiąc jakiekolwiek nadzieje na upragniony tytuł. Potem do końca sezonu mieliśmy klasyczną huśtawkę formy: legioniści potrafili rozgromić Jagiellonię 5:1, żeby tydzień później w Gdańsku przegrać ze spadającą z ligi Lechią. Wielu zrzuciło to na karb tego że sezon się już kończył, że były to mecze „o nic” i zawodnikom zwyczajnie brakowało motywacji do gry, gdy wszystko już było rozstrzygnięte.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia

Początek obecnych rozgrywek wydawał się dla wielu kibiców być pewnym przełomem. Legia skutecznie łączyła ligowe zmagania z europejskimi pucharami, grała efektownie, strzelała wiele bramek i wydawało się, że nikt i nic nie jest w stanie nas zatrzymać. Potem jednak przyszedł „czarny październik” i cztery ligowe porażki z rzędu. Drużyna grała już znacznie mniej efektownie, jej mecze ciężko się oglądało, nawet wtedy kiedy odnosiła zwycięstwa. Do końca rundy jesiennej Legia nie zanotowała nawet dwóch kolejnych ligowych wygranych, finiszując rok na piątym miejscu w lidze ze stratą dziewięciu punktów do lidera. Jednocześnie udało się zająć drugie miejsce w fazie grupowej Ligi Konferencji i zapewnić sobie grę w pucharach na wiosnę. Humory w Warszawie nie były więc może sielankowe, za to na pewno nie były też tragiczne i rundę wiosenną rozpoczęto ze sporymi nadziejami. Po dwóch rozegranych kolejkach strata do lidera zmniejszyła się do pięciu punktów, jednak tylko remis u siebie z Puszczą Niepołomice, a także wymęczone zwycięstwo na wyjeździe z Ruchem Chorzów nie napawają optymizmem.

Najbardziej jaskrawym przykładem braku stabilności w grze Legii był mecz 1/16 finału Ligi Konferencji z norweskim Molde FK, kiedy nawet w obrębie jednego spotkania zobaczyliśmy dwie skrajnie różne twarze stołecznej drużyny. Legioniści ewidentnie nie dojechali na pierwszą połowę, stracili łatwo trzy bramki, a mogli nawet więcej. Po przerwie na boisko wyszedł odmieniony zespół, udało się zdobyć dwa gole i zachować szanse na awans. Skoro więc zespół ma problemy z zachowaniem regularności w ramach jednego meczu, to co dopiero w dłuższym okresie? Oczywiście, zimą Warszawę opuścili Bartosz Slisz oraz Ernest Muci, natomiast jesienią, gdy obaj w Legii jeszcze grali, to z nimi na boisku gra wyglądała dość podobnie. Drużynę ciągle prześladują te same problemy, wciąż zdarzają się jej przestoje w grze i brakuje płynności.

Strzelby? Chyba na kapiszony

Szczególnie widoczna jest niemoc w ofensywie – po tym jak w pierwszych ośmiu meczach legioniści zdobyli osiemnaście bramek, w następnych trzynastu zdobyli… dokładnie trzynaście. Tak, trzynaście strzelonych goli w trzynastu spotkaniach. Nie ma się co oszukiwać- ten wynik to katastrofa i z taką ofensywą nie ma nawet co myśleć o Mistrzostwie Polski. W takich meczach jak z Puszczą to właśnie skuteczny napastnik jest tym, kto może pomóc otworzyć ten „worek z bramkami” i przełamać defensywę rywala. W ostatniej dekadzie przez klub ze stolicy przewinęło się wielu klasowych strzelców – Danijel Ljuboja, Nemanja Nikolić, czy Jarosław Niezgoda byli jednymi z głównych architektów osiąganych przez Legię sukcesów. Obecni napastnicy nawet w najmniejszym stopniu nie nawiązują do swoich poprzedników. Blaz Kramer (jak już jest zdrowy, a to nie lada osiągnięcie!) ma dobry stosunek liczby goli do rozegranych minut, natomiast nie jest to ktoś z potencjałem na bycie goleadorem, numerem jeden w ataku. To był, jest i raczej już zawsze będzie jedynie solidny rezerowowy, dobry joker do wejścia z ławki. Potrafi się dobrze zastawić, wyjść na wolne pole, dzięki swojej szybkości umie uciec obrońcom. Do gry w tłoku wydaje się mieć jednak zbyt słabą technikę użytkową, w polu karnym nie ma też tej czutki, strzeleckiego nosa.

Marc Gual nadal wydaje się rozgrywać za każdym razem swój własny mecz i walczyć przede wszystkim z samym sobą. Większość jego strzałów jest blokowana lub ląduje na trybunach, udało mu się co prawda szczęśliwie zdobyć bramkę w Chorzowie, lecz nawet wówczas jego występ całościowo pozostawiał wiele do życzenia. Latem potrafił być bardzo efektywny, notował ważne liczby, szczególnie w meczach eliminacji Ligi Konferencji (asysta na 2:1 z Ordabasami, bramka na 2:0 i asysta na 3:0 w Wiedniu, bramka na 1:1 w Danii). Był jednym z architektów awansu do fazy grupowej europejskich pucharów. Poźniej jednak zaczął gasnąć i dawać drużynie coraz mniej. Nawet gdy na boisku wyglądał nieźle, to przestał dostarczać konkrety, a zaczął się kibicom kojarzyć tylko z bezsensownymi dryblingami i zablokowanymi strzałami z nieprzygotowanej pozycji. Ten zawodnik ma w sobie dużo jakości, natomiast nie mam pojęcia, w jaki sposób należy tę jakość z niego wydobyć. Nie kupuję głosów, że wygląda on słabo, bo Legia gra zupełnie inaczej, niż Jagiellonia, w barwach której Hiszpan został królem strzelców ligi. Skoro potrafił wyglądać dobrze w sierpniu i wrześniu, a potem zgasł, to znaczy, że musi być inna przyczyna jego słabej dyspozycji.

Z kolei Tomas Pekhart jest takim typem zawodnika, który poza skutecznością nie ma zbyt dużo do zaoferowania. W formie to bardzo użyteczny napastnik, szczególnie, gdy rywal broni się całą drużyną. Wówczas, ze swoim instynktem strzeleckim w polu karnym, pomaga on rozbijać „autobusy”, zaparkowane przez ligowych przeciwników. Czech napisał w Warszawie piękną kartę, jego bramki zapewniły m.in. tytuł Mistrza Polski w sezonie 2020/21, gdy on sam został królem strzelców. Jednak gdy tego „nosa” do zdobywania goli zaczyna mu brakować (a zatracił go już kilka miesięcy temu i nic nie wskazuje, by miał go szybko odzyskać), staje się tym samym de facto bezużyteczny dla zespołu. Mimo swojego wzrostu bardzo rzadko udaje mu się wygrywać górne piłki w środku pola, często zwalnia akcje, a jego braki szybkościowe uniemożliwiają skuteczne kontrataki.

Jesienią w napadzie Legii za najjaśniejszą postać należało uznać Ernesta Muciego. W moim poprzednim artykule pisałem, że w obliczu słabej formy Marca Guala trzeba będzie polegać na przebłyskach w wykonaniu Albańczyka. Jak się okazało, szybko zostałem zweryfikowany przez rzeczywistość. Niespodziewana i rekordowa oferta Besiktasu (opiewająca na w sumie ok. dziesięciu milionów euro) sprawiła, że Muci wyruszył na podbój ligi tureckiej, a Legia została ze stosem pieniędzy. Niestety jednak, o ile się dobrze orientuję, to przepisy gry w piłkę nożną są nadal nieubłagane i stosu pieniędzy na boisko wystawić nie można, a brak Muciego jest i będzie widoczny na murawie. Jednocześnie daleki jestem od stwierdzenia, że obecna ofensywna niemoc „Wojskowych” jest bezpośrednio uzależniona od odejścia Albańczyka. W spotkaniach ligowych był on zazwyczaj chimeryczny, notował przeciętne liczby (cztery bramki i jedna asysta w Ekstraklasie), zaś błyszczał głównie w europejskich pucharach.

Tak jak pisałem wyżej, z nim i ze Sliszem w składzie jesienią Legia notowała podobne mecze, jak ten z Puszczą- wystarczy przywołać spotkania domowe ze Stalą Mielec (porażka 1:3), czy z Wartą Poznań (remis 2:2). W trakcie ostatniego meczu jeden z moich kolegów na trybunach nieco dowcipnie zwrócił uwagę, że nawet kolor koszulek rywali się zgadza i czeka nas podobny mecz, jak ze Stalą. Szczęśliwie dla Legii udało się chociaż wyrównać, natomiast właśnie- to nie był pierwszy taki mecz. Te problemy ciągle wracają i wydaje się, że drużynie potrzebny jest jakiś impuls, świeża krew w ofensywie, która wprowadzi więcej nieprzewidywalności. Kimś takim wydaje się być na ten moment Ryoya Morishita, pokazujący się z dobrej strony w swoich pierwszych meczach w koszulce z eLką na piersi, natomiast sam jeden on nie wystarczy. W chwili pisania tego tekstu do Warszawy nadal nie zawitał ani klasowy defensywny pomocnik za Slisza, którego domagał się Kosta Runjaić, ani zawodnik ofensywny, mogący wejść w buty Ernesta Muciego.

Stefan, to nie są leszcze”

Patrząc całościowo na kadrę Legii nie uważam, żeby była to słaba drużyna. Pojawiające się wśród kibiców głosy, że mamy zespół na środek tabeli Ekstraklasy uważam za zdecydowanie przesadzone. Drużyny ze środka tabeli Ekstraklasy nie grają w fazach grupowych europejskich pucharów, nie pokonują w nich przedstawicieli Premier League czy Eredivisie. Sufit tych zawodników tkwi naprawdę wysoko, czego najlepszą weryfikacją są europejskie puchary, w których Legia nie grała z byle ogórkami. FC Midtjylland, czy AZ Alkmaar to nie są pierwsze lepsze drużyny, nie wspominając nawet o angielskiej Aston Villi. Nawet te wyśmiewane Ordabasy Szymkent, czy Zrinjski Mostar to drużyny, z którymi niejeden polski zespół miałby trudności. Problem polega więc na tym, że na szczyt swoich umiejętności legioniści wznoszą się zdecydowanie zbyt rzadko. Dodatkowo należy oczywiście zauważyć, że są w tej kadrze na pewnych pozycjach braki- jak choćby opisana przeze mnie wyżej pozycja napastnika. Ale nadal w skali Ekstraklasy jest w tej drużynie dużo jakości, która pozwala myśleć o skutecznej walce o Mistrzostwo Polski. Odpowiednie wykorzystanie tej grupy piłkarzy jest już zadaniem trenera i tutaj należy wrzucić kamyczek do ogródka Kosty Runjaica. Na wiosnę sezonu 2016/17 Jacek Magiera zdołał zająć z Legią na koniec sezonu 1 miejsce, mimo sprzedaży w zimie Nikolicia, Prijovicia i Bereszyńskiego. Potrafił zdobyć tytuł bez skutecznego napastnika, udanie łatając ten brak innymi rozwiązaniami. I tego samego należy teraz wymagać od Niemca- aby wykorzystywał optymalnie materiał, który posiada. To jego zadaniem jest takie przygotowanie piłkarzy od strony mentalnej i sportowej, aby pokazywali 100% swoich możliwości w każdym meczu, a nie tylko w wybranych (a i w tych „wybranych” meczach byłoby miło, gdyby wychodzili na boisko w pierwszej, a nie czterdziestej piątej minucie- taka tam kibicowska prośba :D).

Ja jestem w dalszym ciągu zwolennikiem Kosty, zmiana trenera w tym momencie nie przyniosłaby moim zdaniem znaczącej poprawy. Taki sam stosunek mam do Jacka Zielińskiego na stanowisku dyrektora sportowego. Jestem pełen podziwu, w jak szybkim tempie postawił Legią na nogi i sportowo, i finansowo. Skończył się jednak czas wymówek i wiecznego usprawiedliwiania, kibice nie zaakceptują kolejnych okrągłych słów o minimalizowaniu ryzyka, pokazywaniu dobrej energii na boisku i wykonywaniu dobrej pracy na treningach w LTC. Kibice chcą konkretów, szczególnie w postaci dopisywania co kolejkę 3 punktów w ligowej tabeli.

Podsumowanie

Już jutro rewanż z Molde FK w ramach 1/16 finału Ligi Konferencji. Udam się na stadion pełen obaw, ale i pełen ciekawości, jaka to Legia nam się tego dnia „wylosuje” lub co też takiego „ugotuje” nam ze składem Kosta Runjaić, jak to się mówi w twitterowym slangu. Mam nadzieję, że piłkarze wreszcie dojadą na mecz od samego początku, a potem podtrzymają ten poziom w niedzielnym meczu z Koroną. Jeżeli bowiem takie europejskie przygody, jak ta z tego sezonu mają być codziennością, a nie wyjątkiem od reguły to pora na poważnie zacząć przejmować się naszą sytuacją w ligowej tabeli i regularnie punktować na krajowym podwórku.