Trudno nie odnieść wrażenia, że Lech Poznań początek sezonu ma… średni. Z jednej strony „spadek” z Ligi Mistrzów do Ligi Konferencji, masa urazów, ledwie 1 czyste konto zanotowane w 12 rozegranych ogólnie meczach, ale z drugiej… 10 punktów w 5 meczach w lidze, dobra forma indywidualna zawodników, licząc też tych nowych, którzy mają (przynajmniej tymczasowo) zastąpić tych kontuzjowanych. W Kolejorzu jest zachowana równowaga pomiędzy pozytywami i negatywami, a za moment piłkarze wrócą do walki, by tego pierwszego kibice mieli pod dostatkiem.
Słabe wejście uratowane
Wszyscy widzieliśmy, jak wyglądały dwa pierwsze mecze Lecha w tym sezonie. W superpucharze z Legią Warszawa i inauguracyjnej kolejce Ekstraklasy z Cracovią trener Niels Frederiksen decydował się na dosyć eksperymentalne ustawienia, gdyż za takie możemy uznać m.in. Joela Pereirę grającego de facto na 10-tce, czy Bryana Fiabemę na skrzydle, a przecież wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że Norweg na tej pozycji kompletnie się gubi. Strzałem w dziesiątkę było postawienie na boku Filipa Szymczaka, ale efekt był jedynie chwilowy, gdyż wychowanek Kolejorza zagrał z 3 dobre mecze i to było na tyle. Przechodząc jednak do meritum, dwa pierwsze mecze w sezonie pokazały, gdzie mistrz Polski ma największe problemy. Jednym z nich były oczywiście kontuzje, które udało się przykryć wieloma szybko przeprowadzonymi transferami, ale w pewnych momentach, nawet już po przyjściu do klubu dwóch nowych skrzydłowych, brakowało magii Patrika Walemarka czy Aliego Gholizadeha, który od razu po powrocie z rehabilitacji, po zaledwie kilku występach, doznał kolejnej kontuzji. Trener Frederiksen musiał więc kombinować, ale robił to poprzez sprawdzanie innych piłkarzy w rolach tych, których brakowało. Duńczyk nie chciał odejść od tego schematu, który w zeszłych rozgrywkach dał mistrzostwo Polski, ale nie miał pod niego odpowiednich wykonawców. Kiedy już odszedł od grania asymetrycznymi skrzydłowymi, to Lech następne 4 mecze wygrał. Nadszedł jednak mecz nr 5 i Lechici przegrali u siebie z Crveną Zvezdą 1:3. Pamiętając, przez jak długi czas Poznaniacy dominowali Serbów trzeba powiedzieć, że w pewnym sensie był to wynik bardzo wysoki, oczywiście jak na standardy tamtego meczu. Zvezda nie postawiła wysokich warunków, ale wygrała – strzelając jednego gola szczęśliwie, a dwa po mniejszych lub większych błędach indywidualnych. To kolejna rzecz, która Lechowi przydarza się niemal co chwile – czy to Gurgul, czy Milić, czy Skrzypczak, czy Douglas, czy Pereira, czy Kozubal, czy Thordarson, czy kto inny – to nie ma znaczenia, bo każdy przynajmniej jedną (jak nie więcej) bramkę zawalił.
Wracając jeszcze do tego braku wielowymiarowości w rozwiązaniach taktycznych, tak samo zabrakło tego, jeżeli chodzi o styl. Crvena Zvezda była do pokonania, ale być może Lech by ją wyeliminował, gdyby zagrał tak, jak w rewanżu z Genk? Czyli, po krótce: dobrze ustawiona obrona w niskim pressingu, cały zespół odpowiednio przesuwający, dopuszczający do niedużej liczby sytuacji bramkowych rywala. Oczywiście, Belgowie w drugiej połowie przycisnęli i coś sobie wykreowali, ale… przed przerwą poza sytuacją bramkową (spowodowaną błędem indywidualnym Michała Gurgula) byli bezzębni. Trzeba sobie tutaj zadać pytanie: czy Lech, wiedząc, że rywal ma lepszych graczy w ofensywie, że w jego szeregach brakuje kilku ważnych ogniw, nie mógł zagrać bardziej pod wynik? Tego się nigdy nie dowiemy, ale co pokazał mecz we Flandrii, miało to dużo sensu. Na pewno lepiej jest wygrać 1:0 po bezbarwnej grze, niż przegrać 1:3 po ładnej grze – od razu przypomina się mecz z Benficą w Lidze Europy za kadencji Dariusza Żurawia, gdzie wszyscy Lecha nie mogli się nachwalić (paradoksalnie, patrząc na potencjał ówczesnej drużyny, zasłużenie), ale mecz był przegrany wynikiem 2:4. W tej chwili Kolejorz, nawet pomimo wielu absencji, nie jest już tak słabym zespołem, żeby można było „gloryfikować przegrane”.
Ekspresowa reakcja popłaca
W poprzednim akapicie wiele razy było wspomniane o kontuzjach i, oczywiście, nie powinno dochodzić do takiej sytuacji, że połowa drużyny jest niedostępna do gry. Nie znamy przyczyn takiego stanu rzeczy, można się tylko domyślać, jak to wyglądało, ale dokładając do tych urazów sytuację Afonso Sousy, to z mistrzowskiej ofensywy Lecha został tylko Mikael Ishak, który notabene obecnie też jest (lub był, na moment pisania tego tekstu) kontuzjowany. Szwed prawdopodobnie jest w najlepszym momencie swojej gry w Lechu, bo tak naprawdę w głównej mierze dzięki niemu wyniki Kolejorza nie są złe – w 10 rozegranych meczach strzelił 9 goli i zaliczył 2 asysty. Coraz lepiej wygląda też Filip Jagiełło, który niejako Afonso Sousę zastąpił, choć może nie liczbowo, to czysto z gry widać, że były piłkarz m.in. Genoi stał się liderem zespołu. Jednak pochwalić trzeba również pion sportowy za to, jak szybko do dyspozycji dostał piłkarzy Niels Frederiksen. Do trzech zawodników, którzy przyszli przed pierwszym meczem sezonu z Legią dołożono kolejnych 4 nowych zawodników – przyszli: nowy lewy obrońca, Joao Moutinho; nowy lewoskrzydłowy, Luis Palma; nowy środkowy pomocnik, Timothy Ouma i nowa dziesiątka, docelowo zastępca Sousy – Pablo Rodriguez. Na papierze wszystko się zgadzało, a nawet takie stwierdzenie może być lekkim niedoszacowaniem, bo Moutinho przychodził jako najlepszy obrońca minionej wiosny w Ekstraklasie, Palma to jakość potwierdzona w Olympiakosie czy Celticu, gdzie strzelał gole w Lidze Mistrzów, Rodriguez był po bardzo dobrym sezonie w Segunda Division w Racingu Santander, a Ouma jako „backup” też nie wyglądał źle. Dwaj pierwsi piłkarze z miejsca wskoczyli do jedenastki i pokazywali się z dobrej strony – Palma od razu stał się liderem, a Moutinho o ile nie ustrzegł się błędów, tak szybko posadził na ławkę Michała Gurgula. Z Oumą i Rodriguezem tak dobrze już nie było – Kenijczyk dobrze wypadł w debiucie z Breidablikiem, ale zaledwie kilka dni później w Gdańsku już w 30. minucie opuścił boisko. Wypożyczony ze Slavii Praga defensywny pomocnik długo nie mógł się po tym odkręcić, ale kiedy zaczął grać bardziej bezpiecznie i, przede wszystkim, w końcu dobrze dobrał obuwie, gra przyzwoicie, bo mecze z Genk na wyjeździe oraz w domu z Widzewem można uznać w jego wykonaniu za co najmniej przyzwoite. Dobre wejście mógł zanotować Pablo Rodriguez, ale w meczu z Górnikiem w prostej sytuacji zamiast strzału wybrał podanie. Od debiutu Hiszpan wyglądał na nieco pogubionego, a zamiast z dobrej gry słynął z łapania łatwych żółtych kartek. Na jego solidny mecz musieliśmy czekać do często już wspominanego spotkania z Genkiem, ale z drugiej strony tam praktycznie każdy wypadł dobrze. To nie był jednak koniec transferów w Lechu – w deadline day do Poznania ściągnięto napastnika z Halmstad Yannicka Agnero oraz skrzydłowego Górnika Zabrze Taofeeka Ismaheela. O tym pierwszym dużo nie napiszę, bo będąc szczerym żadnego jego meczu w swoim życiu nie obejrzałem, choć co by nie mówić to Iworyjczyk wygląda całkiem obiecująco. Być może zobaczymy go już w dłuższym wymiarze czasowym w meczu 8. kolejki z Zagłębiem Lubin. O Ismaheelu można powiedzieć nieco więcej, bo dobrze go znamy z Ekstraklasy. W tym sezonie grał nieźle, choć wydaje się, że lepiej wypadał w minionym sezonie. W barwach Górnika wykręcił wówczas 3 gole i 4 asysty, ale gdyby wykorzystywał proste sytuacje bramek mogłoby być znacznie więcej. Przebojowy, dynamiczny skrzydłowy, który wiele sytuacji kolegom też tworzy (inna sytuacja jest taka, że w Zabrzu skuteczność kulała i dalej kuleje bardzo mocno), sam też potrafi się w takowej odnaleźć, do tego dobrze odnajdzie się na obu skrzydłach. Wartościowy transfer, w szczególności w obliczu problemów Lecha na tej pozycji, a też na korzyść Nigeryjczyka gra fakt, że jest on wysoko w klasyfikacji zawodników mających największy wpływ na kreowanie sytuacji z gry w całej Ekstraklasie.
Ekstraklasa w liczbach… którzy zawodnicy mają największy wpływ na tworzenie szans strzeleckich z gry – spośród wszystkich drużyn ligowych? 🤔
1️⃣ Tomáš Bobček (Lechia Gdańsk) 14x
2️⃣ Taofeek Ismaheel (Górnik Zabrze) 12x
3️⃣ Jesús Imaz (Jagiellonia Białystok) 10x… pic.twitter.com/3HXkHzioYo— EkstraTrener (@EkstraTrener) September 10, 2025
„Miedziowi” na horyzoncie
We wrześniu Lech, podobnie jak inni nasi przedstawiciele w Lidze Konferencji, zagrają jedynie mecze ligowe. Zacznie się od spotkania z Zagłębiem Lubin, a poziom trudności z meczu na mecz będzie rósł: później Kolejorza czeka wyjazd do Niecieczy na spotkanie z BrukBetem, mecz z Rakowem na Limanowskiego oraz niepokonana od 1. kolejki Jagiellonia Białystok, już przy Bułgarskiej. Nie wiadomo, czy wszyscy piłkarze (z wyłączeniem Walemarka, Gholizadeha i Hakansa) będą na to spotkanie dostępni. Ostatnio kontuzjowani Mikael Ishak, Antonio Milić, Radosław Murawski i Robert Gumny trenowali z zespołem, ale czy byli w pełnym treningu i zagrają z drużyną trenera Leszka Ojrzyńskiego, czy dopiero na te pełne obroty wchodzą? Przekonamy się w piątek przed meczem, kiedy Lech ogłosi skład na to spotkanie.
Pewnym można być jedynie tego, że zabraknie Luisa Palmy, który dopiero w czwartek wrócił do Poznania po zgrupowaniu kadry Hondurasu. Zatem możemy być prawie pewni, że jeden debiut od pierwszej minuty się wydarzy. Czy Taofeek Ismaheel da sobie radę? Czy Yannick Agnero będzie bardziej jak Sergio Aguero czy jak Mario Gonzalez? Czy Bryan Fiabema podtrzyma swoją świetną formę z ostatnich spotkań? Czy Lech Poznań znalazł już przyczynę tak dużej liczby urazów? Na te pytania odpowiedzi poznamy w najbliższym miesiącu, ale również i w październiku, listopadzie i grudniu, kiedy ten maraton spotkań będzie ogromny.


