Kącik Barcelony #2: Niewolnik sukcesu. Jednowymiarowość Hansiego Flicka

Kompromitacja. Słowo, które w ostatnich dniach do Barcelony przylgnęło i nie chce puścić. W Pucharze Króla deklasacja w wykonaniu Atletico — cztery do zera. Pogrzebane szanse na zdobycie trofeum, upokorzenie jakiego Blaugrana nie doświadczyła ze strony Rojiblancos od ponad 20 lat. Cztery dni później niespodziewana porażka w derbach Katalonii z Gironą. Obie mają wspólny mianownik — schematyczność.

Ktoś więcej niż trener

W swoim debiutanckim sezonie Hansi Flick dokonał, wydawałoby się, niemożliwego. Z miejsca odmienił wymalowany przez Xaviego niechlubny obraz apatycznej Barcelony, oferując kibicom futbol najpiękniejszy dla oka w całej Europie. Okazał się trenerem, jakiego Duma Katalonii nie posiadała od czasów Luisa Enrique. Po siedmiu latach szkoleniowej bolączki przebytej wraz z pragmatycznym do bólu Ernesto Valverde, nieudanym wyznawcą cruyffismo Quique Setienem, Ronaldem Koemanem (na którego aż szkoda jakichkolwiek przymiotników), kończąc na wspomnianym wyżej Xavim, nastąpiło taktyczne błogosławieństwo. Hansi Flick stał się najlepszym co spotkało Barcelonę, a Barcelona najlepszym co spotkało Hansiego Flicka — zmywając podważającą jego kompetencje łatkę, która została mu przyczepiona po nieudanym mundialu z reprezentacją Niemiec.

Intensywność tłamsząca przeciwnika, bezkompleksowość w fazie ofensywnej, ryzykowna gra w pełni na połowie przeciwnika — elementy wyryte w sercu filozofii niemieckiego szkoleniowca, które przywróciły radość z grania oraz samego oglądania zespołu. Pod jego skrzydłami wyszydzany Raphinha, którego odejście byłoby każdemu na rękę, rozwinął się do poziomu niebotycznego, aspirując później do miana najlepszego piłkarza sezonu poprzez zdobycie Złotej Piłki. Dzięki indywidualnemu planowi treningowemu opracowanemu przez sztab Niemca, udało się zażegnać nękające urazy mięśniowe Pedriego, a sam pomocnik rozegrał najbardziej widowiskową kampanię spośród swoich wszystkich dotychczasowych. Utorował również rozwój Lamine Yamala czy stworzył od zera Marca Casado, kluczowego w pierwszej części rozgrywek. Spadł Barcelonie z nieba. Maskował braki kadrowe wynikami ponad stan, budując sobie kolejnych zawodników w powstające luki. Końcowy wynik w postaci krajowego trypletu oraz otarcia się o włos z finałem Ligi Mistrzów (Ronald Araujo, pozdrawiamy) można sklasyfikować jako jego osobisty sukces. Przejaw trenerskiego geniuszu.

To, co mogło w grze Blaugrany imponować to z pewnością gra obronna. Linia defensywy postawiona wysoko w całości na połowie przeciwnika – ryzykowne, ale skuteczne. Liczba straconych bramek była zbliżona do poprzednich lat, ale takie ustawienie pozwalało na znacznie odważniejszą grę do przodu — co poskutkowało 102 zdobytymi bramkami. Kwartet Alejandro Balde, Inigo Martinez, Pau Cubarsi i Jules Kounde pożerał hiszpańskie boiska , spory w tym udział miał szczególnie drugi w kolejności. Bask rozegrał bajeczny sezon, przeżył drugą młodość — z rezerwowego został odrestaurowany w kluczową postać defensywy. Był dyrygentem całej linii, twarzą zakładanych pułapek ofsajdowych, mentorem Cubarsiego oraz jednym z głównych boiskowych architektów sukcesu.

Nie bez powodu, spośród tej czwórki, wyróżniłem właśnie Inigo. W lecie, dość niespodziewanie, z Barcelony odszedł do saudyjskiego Al-Nassr, . W mediach widniała narracja, że Hiszpan podjął tę decyzję sam — podyktowaną poczuciem, że już na tak wysoki poziom nie wskoczy, będąc na równi pochyłej formy. Każdy kto Dumę Katalonii śledzi choć trochę, wie że werdykt odnośnie odejścia zapadł w klubowych biurach, a nie — tak jak informowano — z woli piłkarza. Zapewne z powodów finansowych, napiętego budżetu płac czy niemożności w kontekście ruchów na rynku transferowym. W dobie restrykcyjnych przepisów obowiązujących w lidze hiszpańskiej, kompletnie to nie dziwi. Zwłaszcza z punktu widzenia finansowego fair play.

Tak Hansi Flick został pozbawiony kluczowego elementu układanki.


Grząski grunt

Podczas presezonu szkoleniowiec testował Gerarda Martina na pozycji lewego stopera i nie było w tym przypadku. Ostatecznie żadnych wzmocnień do obrony nie otrzymał, wyjęto mu z kadry zawodnika niezbędnego i — po raz kolejny — skład musiał uzupełniać na własną rękę. Tym razem zawodnikiem do niedawna trzecioligowej Cornelli. Panujące warunki były, lekko mówiąc, dla trenera niesprzyjające. W końcu po sezonie, w którym wycisnąłeś absolutnie tyle ile się dało, powinieneś otrzymać wzmocnienia, a nie osłabienia. Taka jest jednak specyfika pracy w klubie balansującym nieustannie na krawędzi.

Jedynym, znaczącym transferem, jaki otrzymał Hansi Flick był Joan Garcia. Po świetnej kampanii w barwach lokalnego rywala — Espanyolu — został wykupiony za 25 milionów euro. Zażegnał zaistniały problem między słupkami, który miał miejsce od zakończenia sezonu 2022/23, gdy Marc-Andre ter Stegen obniżył formę do poziomu nieakceptowalnego. Nie rozwiązał tego zagadnienia ani Inaki Pena, ani ściągnięty awaryjnie z emerytury Wojciech Szczęsny — mimo momentów, nie zapewniał spokoju za plecami obrońców, prezentując regularnie swoją elektryczność (przykładem mecz z Benficą).

Do klubu dołączyli również Roony Bardghji oraz Marcus Rashford, ale ciężko postrzegać ich jako pełnoprawne wzmocnienia. Szwed został zakupiony z myślą o przyszłości, bądź jako inwestycja o okazyjnej cenie. Pomimo tego, że gdy gra, radzi sobie całkiem przyzwoicie, upragnionym odciążeniem dla Lamine Yamala nie jest. Rashford również pierwszym wyborem nie był. Przed nim w kolejce stali Nico Williams — którego saga ciągnęła się począwszy od zakończenia EURO 2024 — oraz Luis Diaz. Ostatecznie pierwszy przedłużył kontrakt z Athleticiem Bilbao, drugi przeniósł się do Bawarii. Sam Anglik jednak nie prezentuje się dostatecznie dobrze, przede wszystkim nie wpasowując się do zespołu. Liczne bramki i asysty przykrywają jedynie mizerność jego gry oraz brak zaangażowania w grę obronną drużyny.


Poprzeczka, której nie przeskoczy

Obecny sezon nie jest już tak imponujący, czego można było się spodziewać. Pressing, którego koordynacją zachwycał się rok temu każdy, podupadł. To samo tyczy się intensywności — zawodnicy działają na znacznie niższych obrotach, a nie w wręcz sposób imponujący, zabierając dech w piersiach swoją morderczością i boiskową etyką pracy. Hansi Flick stał się zakładnikiem, nie czyimś – własnym. Konkretniej — własnego sukcesu. Sukcesu, którego z rozrzewnieniem będzie można wspominać latami — nie za sprawą zdobytych pucharów, bo takie sezony Barcelona już miała, a gry. Sposób w jaki na boiskach dominował największych z nieustannie rzucanymi mu kłodami pod nogi. Poprzeczkę wywiesił sobie tak wysoko, że być może już nigdy jej nie przeskoczy.

Ale nie wszystko da się wytłumaczyć. Z rzeczy, które trzeba na konto Hansiego Flicka zaliczyć to gra obronna. Oczywiście, można powiedzieć, że to wina indywidualnej dyspozycji zawodników — Pau Cubarsi gubi plecy, Jules Kounde nie radzi sobie na pierwszego lepszego dryblera z dynamiką w nodze, a Alejandro Balde zamyka lewą flankę na poziomie Jakuba Wawrzyniaka. Z tyłu formę trzymają jedynie Eric oraz Joan Garcia, który notorycznie ratuje drużynę świetnymi interwencjami na linii. Do tego zmiennicy w postaci Gerarda Martina, Ronalda Araujo (którego dyspozycja w dalszym ciągu jest zagadką) i Joao Cancelo, dziurawego koła ratunkowego rzuconego przez zarząd, przegrywającego ławkową rywalizację ze wspomnianym Martinem. Kolorowo nie jest, ale sam trener nie pomaga uparcie wystawiając wysoką ostatnią linię. Granie w tak odważny sposób może być widowiskowe, może rywala tłamsić, ale tylko wtedy, gdy w kolektywie wszystko funkcjonuje jak należy. Jeśli nie masz warunków do takiego stylu, musisz się do możliwości drużyny na daną chwilę zaadaptować. Poświęcić brawurowość na rzecz ostrożności, którą obecnie broni jedynie bramkarz. Inaczej wyniki byłyby niekorzystnie wyższe.

Właśnie ten brak adaptacji najmocniej wadzi u Flicka. Schematyczność taktyczna, brak zdolności dostosowania się pod rywala i przełamania dotychczasowego stylu dla osiągnięcia korzystnego wyniku. Na tym zespół poległ w meczu z Atletico, stworzyli warunki idealne dla cholismo. Drużyna w całości ustawiona po przeciwnej stronie, odkryta przestrzeń z tyłu tworząca miejsce na liczne kontry. W sytuacjach, gdy Rojiblancos nie muszą prowadzić gry, czują się najlepiej. Zawodnikom Diego Simeone nie pozostało nic innego, jak zamknąć przestrzenie i czekać na swoje okazje z szybko wyprowadzonych ciosów. Na lewej stronie mieli stworzony korytarz przez Alejandro Balde, który bez Raphinhii nie radził sobie z zabezpieczeniem flanki — skorzystali z niego koncertowo, atakując głównie z tej strony.

Jeśli jeden element przestaje działać, dołuje cała drużyna. Granie w sposób „strzelmy im więcej niż oni nam” w końcu zawiedzie przy tak niestabilnej obronie, zwłaszcza w walce o najwyższe cele. Tak nie zdobywa się trofeów — i wielu w tym sezonie Barcelona nie zdobędzie.